Po wschodniej stronie granicy

Poświęcenie kamienia węgielnego kościoła w Popławszczyźnie 29 sierpnia 1911 roku.

Ludmiła Wołoczko

 

Po wschodniej stronie granicy

 

Pierwsza połowa lat 70., jesteśmy mieszkańcami Mińska, czyli mińszczanami. Większość z nas, nie mając pojęcia, czym jest wolność i demokracja, dobrobyt i komfort, uważała nasze życie za całkiem znośne – oby tylko nie było wojny! Młode pokolenie nie bało się już represji państwowych, z przyjemnością i bez strachu opowiadało dowcipy o partii komunistycznej i jej przywódcach, chociaż w mojej rodzinie taka swoboda była traktowana ostrożnie. Babcia ostrzegała: „Ciszej! Sąsiedzi usłyszą!” Nawiasem mówiąc, parę razy słyszałam od niej dowcipy o Stalinie. Niestety, ani jednego nie pamiętam, ta postać bowiem mnie zupełnie nie interesowała. Przecież byłam dzieckiem.

Radzieckie kierownictwo pozwalało wtedy „lubić” Polskę. W czasie wakacji szkolnych pokazywano film Czterej pancerni i pies, i nie tylko dziewczynki, ale wydaje się, że nawet chłopcy po prostu uwielbiali jasnowłosego przystojniaka Janka.

Serial Stawka większa niż życie z zaciekawieniem oglądali dorośli, a podczas wieczornego wyświetlania telewizyjnego kabaretu Kabaczok 13 stuljew (Kafejka 13 krzeseł) ulice wszystkich radzieckich miast i wsi stawały się puste (akcja kabaretu rozgrywała się w nieco „umownej” Polsce. Goście kafejki o polskich imionach przedstawiali scenki satyryczne zaczerpnięte z polskich źródeł, udawali śpiew przy puszczanych z odtwarzacza polskich piosenkach).

Mój rosyjski tata, który obecnie nazywa siebie Litwinem (osada, gdzie się urodził, położona jest 70 km od rosyjsko-białoruskiej granicy) zapamiętale wyśpiewywał: „parasolki bardzo tanie..”. Trzeba tu powiedzieć, że swoje dzieciństwo powojenne spędził na zachodniej Białorusi, w miasteczku Oszmiana. Ojczyma mojego taty, doświadczonego wojną sowieckiego oficera, a wówczas dyrektora szkoły, skierowano tam w ramach polityki rusyfikacji ludności ZSRR. A jednak trwał też proces odwrotny, bo wszyscy szkolni przyjaciele ojca poza murami szkoły rozmawiali tylko po polsku.

Już od wczesnego dzieciństwa wiedziałam, że mama mojej mamy jest Polką, to było zapisane w jej „paszporcie” (radzieckim odpowiedniku dowodu osobistego) i we wszystkich oficjalnych dokumentach. Nawet jako dziecko odczuwałam, że mimo całej lojalności władz wobec socjalistycznego państwa polskiego trzeba było mieć pewną odwagę, by nazywać się Polakiem w sowieckiej Białorusi.

Polacy nie kojarzyli mi się wcale ze szlachtą. Pojęcie „szlachta” kształtowało się wśród białoruskich uczniów pod wpływem zawartej w obowiązkowym programie nauczania komedii Pińska szlachta Wincentego Dunin-Marcinkiewicza (którego autorstwo jest zresztą obecnie podważane) o nadętych drobnych szlachcicach, którzy nie różnili się zbytnio od chłopów pod względem statusu materialnego, stylu życia i leksyki, a za czasów radzieckich zniknęli nie wiadomo gdzie…

Ale moja mama znała historię lepiej niż ja, więc obawiała się dążenia babci do zachowania swoich korzeni narodowych: „Zapomnij o przeszłości, nie masz żadnych dowodów swojego pochodzenia”.

Rzeczywiście nie było dowodów, z wyjątkiem kilku zwrotów w języku polskim, których często używała moja babcia, oraz wpisu w akcie urodzenia wydanym przez władze radzieckie, że została ochrzczona w kościele katolickim.

Ponadto były na wpół szeptane opowiadania babci o cudownym miejscu Popławszczyźnie pod Mohylewem, gdzie się urodziła i wychowała. Tam, gdzie wszyscy mieszkańcy byli krewnymi i nosili to samo nazwisko, ponieważ pewien wybitny kapłan Onoszko nadał im, członkom swojej rodziny, tę ziemię pod warunkiem, że żaden z nich nigdy nie wyrzeknie się wiary katolickiej.

Moja babcia urodziła się pod koniec 1914 roku i oczywiście niewiele pamiętała z wydarzeń historycznych, które wstrząsały krajem na początku XX wieku. Opowiadała, że jej wielka rodzina (mama, ojciec, pięciu braci i trzy siostry, ona – najmłodsze dziecko) posiadała duże gospodarstwo rolne. Po okazałym domu biegał puszysty piesek salonowy. Tata, który był zarządcą majątku, jeździł do pracy bryczką zaprzężoną w rasowego konia. W roku 1905 służył on jako sanitariusz na froncie rosyjsko-japońskim, po ciężkim zranieniu dostał się do niewoli, skąd wrócił z nadszarpniętym zdrowiem.

Jako dziecko babcia bardzo lubiła święta kościelne. Kościół w Popławszczyźnie został zbudowany w 1911 roku z fundacji zamożniejszej części rodziny Onoszko. Dziewczynka nawet w dni powszednie chodziła z kokardami we włosach, mama nigdy nie zapominała ich zawiązywać. A w święta do tego jeszcze śnieżnobiała sukienka! Alina wraz z innymi dziewczynkami – przed procesją, rzucała ludziom pod nogi świeże kwiaty. Potem wystrojony tata prowadził córkę za rękę do kościoła. Sąsiedzi się uśmiechali: «Piękność!»

Po ukończeniu szkoły podstawowej, która również znajdowała się w Popławszczyźnie, moja babcia kontynuowała naukę w polskiej szkole w Mohylewie. Takie szkoły narodowe istniały w ZSRR przed wybuchem II wojny światowej, aby dzieci różnych narodowości, słabo rozumiejące język rosyjski, mogły łatwiej pojmować idee bolszewizmu.

Tymczasem w Popławszczyźnie rozgrywały się tragiczne wydarzenia: w roku 1929 rozpoczęła się eksterminacja jej mieszkańców. To był początek przymusowej kolektywizacji rolnictwa, której ludność uparcie się opierała.

Oprócz zwykłych wówczas ataków wymierzonych przeciw „kułakom”, włościanie otrzymali cios od władz sowieckich za pomoc jednostkom wojskowym Wojska Polskiego, które wraz ze sztabem stacjonowały w Popławszczyźnie podczas wojny polsko-bolszewickiej. Szczególnie ucierpiały rodziny, z których synowie wstąpili do polskiej armii. Głowy tych rodzin zamordowano, buntowniczy samodzielni gospodarze zostali zesłani na wygnanie wraz z żonami i dziećmi. Aresztowania i deportacja odbywały się w nocy, aby uniknąć rozgłosu. W gruncie rzeczy, była to ekspedycja karna państwa przeciw własnym obywatelom. Babcia nie mówiła o zasięgu tej akcji, a może po prostu o tym nie wiedziała.

Opowiadała tylko, że jej tata, który w roku 1929 ukończył już 60 lat, oraz 16-letni kuzyn Aleksander Onoszko zostali aresztowani. A w tym samym czasie jej mama zginęła w wypadku kolejowym.

Łzawe błagania nastolatki zmiękczyły strażników, babci udało się więc uzyskać widzenie z ojcem, który przebywał w więzieniu w Mohylewie. Poradził jej, żeby natychmiast opuściła Popławszczyznę. Babcia przeniosła się do Witebska, gdzie rozpoczęła samodzielne życie jako pracownica fabryki szczotek. Wtedy jej nazwisko przekształciło się w „Anoszko” – tak było po prostu bezpieczniej.

Po pewnym czasie mój pradziadek wyszedł z więzienia. Do końca życia, jako ostrzeżenie dla swoich dzieci, wielokrotnie powtarzał, że uważnie czytał protokoły przesłuchania i nie podpisywał żadnych dokumentów. Pradziadek wierzył, że właśnie to go uratowało.

Wkrótce potem został zwolniony 16-letni Aleksander. Można się tylko domyślać, co się z nim działo w lochach GPU. Jego oprawcy nie bali się rozgłosu – facet stracił rozum, nie mógł więc o niczym powiedzieć…

Powód aresztowania Aleksandra był jednak dobrze znany rodzinie. W 1919 roku jego starszy brat Wacław przekroczył linię frontu, pragnąc wstąpić do seminarium duchownego w Kielcach. Aby jakoś ochronić siebie w razie wpadki, nie zabrał ze sobą żadnych dokumentów, tylko wyciął odbitkę pieczęci ze świadectwa maturalnego i schował ją pod wkładkę buta.

Podczas II wojny światowej Wacław Onoszko przyjechał do Popławszczyzny, będąc już dość znanym księdzem. Wieś była zdewastowana: w latach 1937–1939 rozpoczęła się druga fala represji, podczas której znów zginęli tu ludzie, w tym ojciec samego księdza Wacława. Wiejski kościół wykorzystywano jako magazyn. I w tej zrujnowanej kaplicy ksiądz Wacław ochrzcił dzieci swoich krewnych urodzonych w „bezbożnych” latach. Wśród nich była moja czteroletnia mama.

Wydaje mi się, że zawsze wiedziałam, co to jest „kościół”. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale…

Przed rokiem 1917 na terytorium współczesnej Białorusi istniało ponad 3 tysiące cerkwi i około 500 kościołów katolickich, lecz w okresie władzy radzieckiej budynki sakralne można było policzyć na palcach. W Mińsku, którego populacja przekroczyła milion już w latach 70. XX wieku, na starym cmentarzu katolickim pozostawał jedyny otwarty dla wiernych kościół, o którego istnieniu nawet nie wiedziałam.

A jednak każdego lata babcia zabierała nas, swoje wnuczki, nad urocze jezioro Narocz, położone na zachodniej Białorusi, gdzie władza sowiecka dotarła dopiero w 1939 roku. Tam właśnie codziennie brzmiała polska mowa; zwracając się do siebie, ludzie stosowali zwroty pan, pani; był tam kościół, regularnie odwiedzany przez wszystkich, młodszych i starszych.

Więc kim była moja babcia? Jakiej była narodowości, do jakiego stanu należała? Niestety odpowiedź na te pytania otrzymałam dopiero po jej śmierci w wyniku wieloletnich badań dokumentów archiwalnych.

Wiarygodne informacje o rodzinie Onoszko pojawiają się pod koniec XV wieku: to poddani królów polskich i wielkich książąt litewskich, potomkowie kniaziów Czetwertyńskich, szlachcice herbu Jacyna – wojownicy, kapłani, lekarze, urzędnicy.

Według zachowanych inwentarzy, pierwszy przedstawiciel rodziny Onoszko herbu Jacyna osiedlił się w Popławszczyźnie pod koniec XVII wieku. Pewnie leży teraz pod porośniętym mchem kamieniem na starożytnym wiejskim cmentarzu. Na cmentarzu w Popławszczyźnie jest dużo takich kamieni, a najstarszy z tych, na których udało się odczytać napis, jest pochodzący z roku 1787 nagrobek Eufrozyny Onoszko.

W 1848 roku na tym właśnie cmentarzu spoczął wśród swoich krewnych urodzony w Popławszczyźnie ksiądz Onoszko – ten Jan Onoszko, który przez swoją wiarę zjednoczył wszystkich członków rodziny, o którym legendy przekazywane są z pokolenia na pokolenie. A przecież to był całkiem realny człowiek: spacerując po Nowym Mieście w centrum Warszawy, mogą Państwo zwrócić uwagę na kościół św. Ducha znajdujący się przy ulicy Długiej 3. Budynek ten należał do głównego warszawskiego Seminarium Duchownego, którego rektorem przez całe dziesięciolecie (do 1836 roku) był właśnie ksiądz Jan Onoszko herbu Jacyna, kanonik mohylewski.

Na tym samym cmentarzu w Popławszczyźnie znajdują się groby moich krewnych. Skromne krzyże na nagrobkach. Oto pradziadek, którego zakatowali hitlerowcy w 1944 roku. Obok jego syn, zamordowany w nazistowskim więzieniu. A oto jego córka, siostra mojej babci, wdowa, która musiała harować w kołchozie, gdzie panowały bieda i choroby; praca była darmowa, ale nie sposób było się stamtąd wyrwać, ponieważ radzieccy kołchoźnicy nie posiadali „paszportów”.

Moja babcia jest pochowana w Mińsku. W wieku 26 lat również została wdową. Podczas wojny z nazistami zginęli wszyscy dorośli mężczyźni w naszej rodzinie: moi dwaj pradziadkowie; obaj dziadkowie; wszyscy ich bracia; czterech braci mojej babci; mężowie jej sióstr. Moja babcia miała silny charakter, udało jej się zdobyć prestiżową pracę i zapewnić godne życie swojej rodzinie.

Na cmentarzu w Popławszczyźnie nie ma grobu księdza Wacława Onoszko. Po wojnie marzył o powrocie do ojczyzny, ale dla katolickiego kapłana droga do sowieckiego raju okazała się zamknięta. Ksiądz Wacław umarł w 1966 roku w Robercinie w klasztorze Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, pochowany został na cmentarzu parafialnym w Magdalence koło Warszawy.

W Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku pochowano z honorami pochodzących z Popławszczyzny żołnierzy, którzy walczyli o niepodległość Polski. A ich bracia leżą w bezimiennych grobach, torturowani i zamordowani w sowieckich więzieniach i obozach na terenie Białorusi, w najodleglejszych zakątkach Rosji, na stepach Kazachstanu. W chwili obecnej nie sposób ustalić dokładnie, ilu ludzi zginęło, archiwa NKWD nie są dostępne. Ale mówimy tutaj o dziesiątkach ofiar…

 

Rodzina Feliksa Onyszko na Dalekim Wschodzie w latach 50.
Anna Onyszko z córkami Klementyną i Martą. Popławszczyzna, początek XX wieku.
Poświęcenie kamienia węgielnego kościoła w Popławszczyźnie 29 sierpnia 1911 roku.
„Umarła w 1787 tu leży Fruzyna Onoszkowa prosi czyt(ać) Pozdro(wienie) Anielskie.”
Nagrobek księdza Jana Onyszko na cmentarzu w Popławszczyźnie.
5 listopada 2015 roku po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat w Popławszczyźnie odprawiono nabożeństwa, w których brał udział biskup archidiecezji mińsko-mohylewskiej, ks. Aleksander Janiszewski.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.