Podroż w nieznane

Ostatnia siódma część opowiadania “Pożegnanie z Wilnem”. Autor Janusz Czarniawski. 

 

Nasz transport wyruszył do Polski w połowie maja. Jechaliśmy do „nowej” Polski, której granice ustalono bez Polaków w Jałcie w 1945 roku. Trasa wiodła przez Kowno, Prusy Wschodnie, i Olsztyn do Białegostoku. Najdłuższy odcinek drogi był z Kowna do nowej polskiej granicy w Prusach (obecnie kaliningradzka enklawa Rosji). Na trasie tej działy się różne dziwne rzeczy. Nagle, w szczerym polu pociąg stawał. Po chwili wzdłuż wagonów przechodził jakiś człowiek, żądając składki na maszynistów, którzy nie chcieli dalej jechać. Datki mogły być różne, bardzo chętnie widziany był samogon. Po udanej kweście pociąg ruszał i mknął do przodu, aż obawialiśmy się że wagony wypadną z szyn.

Transport zatrzymywał się też na długi postój na małych stacjach, choć nigdy nie było wiadomo ile będzie trwał. Ludzie wychodzili z wagonów, rozpalali ogniska, aby ugotować jakąś ciepłą strawę, karmili i poili zwierzęta. Z chłopakami wybieraliśmy się na zwiedzanie okolic, zaglądaliśmy do opuszczonych poniemieckich domów. Dla mnie te wyprawy skończyły się definitywnie gdy pewnego razu, zaglądając do skrzynki po amunicji, natknąłem się na zwłoki niemowlaka.

Syrena parowozu dawała sygnał do odjazdu. W popłochu gaszono ogniska i pakowano się do wagonów. Trzeba to było robić szybko, bo maszynista zbyt długo nie czekał.

Na granicy z Polską trzeba było cały dorobek i zwierzęta przenieść z sowieckich szerokotorowych wagonów do normalnych, europejskich, o węższym rozstawie kół. Następnie czekała nas kontrola graniczna, przeprowadzana przez radzieckich wojskowych – prawdopodobnie z NKWD. Osobnicy ci posługiwali się długimi metalowymi prętami do penetrowania bagaży, paszy dla zwierząt itp. Poszukiwano też uchodźców, którzy jakoby chcieli nielegalnie przekroczyć granicę no i oczywiście złota i pieniędzy. Wśród pasażerów zapanowała panika, każdy starał się przed kontrolerami ukryć pieniądze, kosztowności, złoto.

Nareszcie koniec kontroli, wjechaliśmy na tereny polskie i skierowaliśmy się do Olsztyna. Tu transport podzielono na mniejsze grupy, według miejsca przeznaczenia. Nasz wagon doczepiono do składu jadącego do Białegostoku, gdzie dotarliśmy po blisko dwóch tygodniach od rozpoczęcia podróży w Wilnie. (Młody czytelnik powinien pamiętać, że odległość między Wilnem a Białymstokiem wynosi 302 kilometry).

   

Po latach widzę wyjazd z Wilna jako oczywisty akt depatriacji. W miarę upływu lat odczuwam też coraz większą tęsknotę za moim ojczystym miastem. Miastem, które wywarło zasadniczy wpływ na ukształtowanie mojej patriotycznej świadomości. Miastem, o którym tak pięknie mówił marszałek Piłsudski:

“…Wszystko piękno w mej duszy przez Wilno pieszczone…”

—————————————————————————–

POŻEGNANIE Z  WILNEM – Postscriptum

Przeglądając z zaciekawieniem komentarze (dop. red. publikowane w portalu Podwarszawskie Życie Pruszkowa) Czytelników do moich wspomnień o Wilnie, poczułem się zobowiązany do rozszerzenia ich o bardzo istotną kwestię, o próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego moja rodzina, jak i większość wyjeżdżających z Wileńszczyzny Polaków, nie została na miejscu, aby bronić swego prawa do Ojcowizny? Był to bardzo trudny czas i bardzo skomplikowane przyczyny podjęcia ostatecznej decyzji: zostać, czy wyjechać?

Jako 10-cio letni uczestnik tamtych wydarzeń, mogę tylko opowiedzieć jak moi rodzice i dziadkowie podchodzili do sprawy i podjęli określone decyzje. I tak, dziadek ze strony Ojca, od pokoleń mieszkający na Litwie Kowieńskiej, prowadził tam duże gospodarstwo rolne, był obywatelem Litwy, w ogóle nie rozpatrywał możliwości wyjazdu. Natomiast babcia ze strony Mamy, obywatelka Polski, u której mieszkaliśmy w czasie wojny, miała na przedmieściu Wilna dom i gospodarstwo ogrodnicze, mocno związana z córką i wnukami, podjęła decyzję o wspólnym wyjeździe.

W przypadku mojej rodziny, to obawa o bezpieczeństwo była decydującym o wyjeździe czynnikiem. Ojciec obawiał się aresztowania (jak w roku 1940), a starszy brat (18 lat) wcielenia do Armii Czerwonej oraz wysłania w “pieredawuju” (pierwszą linię frontu). Dlatego też, obaj korzystając z nadarzającej się okazji, zgłosili się do Wojska Polskiego (Berlinga) i w końcu 1944 roku wyjechali do Polski. Ojciec po zadomowieniu się w nowych warunkach miał ściągnąć pozostałą rodzinę (doszło do tego w maju 1946 roku). Natomiast babcia, wyjazd traktowała jako przykrą, ale chwilową konieczność wojenną, która zniknie po jej zakończeniu i wszystko wróci do normalności, a prawo własności będzie przestrzegane jak dawniej.

Zgadzam się z sugestią jednego z Czytelników, że ciekawe byłoby poznanie opinii o poruszanych tu sprawach ze strony Polaków pozostałych mimo wszystko na Wileńszczyźnie. Zachęcam do zabrania głosu na naszym portalu.

Na zakończenie, nie mogę nie wspomnieć za J. Mackiewiczem:

Tuśmy wzrośli od wieków, w tę ziemię wileńską i nikt jej obrazu z serca wyrwać nie jest w stanie…

 

J. Czarniawski styczeń 2020 roku