Gry i zabawy wojenne

zabawa z tzw fajerką lub kółkiem z drutem

To już piąta cześć z opowiadania Janusza Czarniawskiego “Pożegnanie z Wilnem’

Mimo trudnych czasów wojny i niebezpieczeństw, nastoletni chłopcy zawsze potrafili wymyśleć i zorganizować jakąś grę lub zabawę. Najprostsze było „kółko jezdne” – duża kuchenna fajerka lub obręcz metalowa prowadzona specjalnie ukształtowanym drutem. Z tym urządzeniem biegało się po ulicach. Wyższy stopień techniki to hulajnoga własnej konstrukcji. Do jej budowy wykorzystywano prócz desek podstawowy mechanizm hulajnogi – kółka jezdne w postaci łożysk kulkowych, które zawsze można było znaleźć wśród walającego się sprzętu wojennego. Groźnymi „zabawkami” była broń i amunicja, które po przejściu frontu można było z łatwością znaleźć lub kupić. Z pocisków – głównie dużych artyleryjskich – po rozbrojeniu zapalnika można było uzyskać duże ilości prochu, w różnej postaci. Szczególnie cenny był proch w postaci długich pręcików, które po zapaleniu przypominały zimne ognie na choinkę. Proch w postaci płatków lub proszku używaliśmy do usypywania długich ścieżek, po zapaleniu, których można było obserwować szybki postęp ognia – taki palący się lont.

Z naboi karabinowych tworzyliśmy swego rodzaju wyrzutnie pocisków. Trzeba było wyjąć pocisk z łuski, odsypać trochę prochu, pocisk wbić do łuski, z góry zasypać prochem i podpalić. Wtedy pocisk wylatywał na niewielką wysokość. Oczywiście starsza młodzież i dorośli posiadali prawdziwą broń. Wyobrażam sobie zdziwienie ludzi, którzy zamieszkali w domu babci po naszym wyjeździe do Polski, kiedy na poddaszu odkryli magazyn broni i amunicji.

Zupełnie „super” wśród chłopaków było posiadać pistolet. Można go było zdobyć pokątnie za pieniądze, albo w handlu wymiennym. Sam stałem się ofiarą tego procederu. Znalazłszy kilka łożysk kulkowych wykorzystywanych do budowy hulajnogi, z dumą poinformowałem o tym chłopaków w szkole. Wkrótce otrzymałem propozycje handlu wymiennego – za łożyska mały pistolet, tzw. „damka” – kaliber 6. Naiwny – łożyska oddałem, handlarza już więcej nie zobaczyłem.

Dzięki Bogu, dla nas te „zabawy wojenne” zakończyły się pomyślnie. Niestety dla wielu moich rówieśników i starszych okazały się tragiczne w skutkach. Śmierć i kalectwo podczas rozbrajania niewypałów i amunicji były na porządku dziennym. W ten sposób wojna była w dalszym ciągu wśród nas i zbierała swe krwawe żniwo.

Szczególnie przypomniała ona o sobie zimą 1945 roku, kiedy na dworcu wileńskim doszło do tragicznego wypadku. Na stacji zderzyły się dwa sowieckie pociągi z amunicją. Potworny wybuch, a potem kolejne, powtarzające się co jakiś czas. Stacja została zniszczona, okoliczne domy zburzone, i było dużo ofiar w ludziach. Idąc następnego dnia do szkoły, zobaczyłem zwęglone szczątki ludzkie, koła wagonów i kawałki lokomotyw rozrzucone daleko od miejsca wypadku, zrujnowaną dzielnicę miasta. Okropny widok, i okropna rozpacz wśród ocalałych mieszkańców dzielnicy.

Janusz Czarniawski.