Pod okupacją niemiecką

ks. Biskup Romuald Jałbrzykowski Arcybiskup-Metropolita Wileński

Pożegnanie z Wilnem. Janusz Czarniawski. Cześć trzecia – Pod okupacją niemiecką

Tak zaczął się okres, który właściwie trzeba by nazwać okresem okupacji litewsko-niemieckiej. Litwini już od Pierwszej Wojny Światowej szukali sojuszu z Niemcami, licząc na ich poparcie dla nowego państwa litewskiego. Dlatego też zaraz po wypędzeniu Rosjan w 1941 roku, powstały współpracujące z Niemcami litewskie jednostki administracyjne i policyjne, które objęły ograniczoną władzę w Wilnie. Ograniczoną, bo Litwini liczyli na więcej, ale Niemcy nie zrezygnowali ze sprawowania nadzoru.

Dla naszej rodziny rozpoczął się w miarę spokojny okres, w porównaniu z czasem okupacji sowieckiej. Mieszkaliśmy już na stałe u babci, ojciec rozpoczął pracę na kolei, bracia rozpoczęli naukę w szkołach i na tajnych kompletach – w nowych warunkach politycznych dla polskich szkół oczywiście miejsca już nie było.

W końcu i na mnie przyszła kolej. Postanowiono do szkół mnie posłać. Ponieważ nie było już polskich, we wrześniu 1942 roku zostałem przyjęty od razu do drugiej klasy szkoły podstawowej nr 18 w Wilnie (Vilniaus Miesto Pradzios Mokyklos).

Na świadectwach w języku litewskim znajdowały się oceny z takich przedmiotów jak język litewski, polski, rachunki, śpiew; ale również czystość, porządek i zdyscyplinowanie. Z tego okresu zupełnie nie pamiętam nauki języka litewskiego, chociaż na świadectwie z drugiej klasy widnieje ocena „4”.

W trzeciej klasie uczyłem się już tylko polskiego i ukończyłem ją w maju 1944 roku. Następną klasę rozpocząłem już w innej rzeczywistości politycznej, gdyż we wrześniu tegoż roku Rosjanie ponownie zajęli Wilno.

Prócz nauki, istniało pozaszkolne życie na ulicy – przepychanki i bijatyki z chłopakami, gdzie moim mocnym atutem był fakt posiadania starszych braci, którzy mogli w razie potrzeby przyjść z pomocą. Utarczki na ulicach prowadziliśmy z rówieśnikami litewskimi i policją litewską – „szaulisami”. W ich kierunku leciały przezwiska, np. kałakutas (po litewsku indyk) lub gorzej – pabucok sykini – (pocałuj mnie w dupę) i później w nogi! Za takie coś można było solidnie oberwać pałą.

ks. PietkunCoraz bardziej we znaki dawał się znać terror władz litewsko-niemieckich. Szczególnie dotyczyło to duchowieństwa katolickiego i Żydów. Księża katoliccy byli rozstrzeliwani i aresztowani. Ordynariusz wileński, arcybiskup Romuald Jałbrzykowski został aresztowany i internowany. Bardziej aktywni patriotycznie księża musieli się ukrywać. Z tego powodu nasz znajomy ksiądz Pietkun odprawiał mszę świętą w naszym mieszkaniu.

Ogromną tragedią była likwidacja społeczności żydowskiej skupionej w getcie. Odbywało to głównie na wileńskich Ponarach, ale i na co dzień, przy każdej nadarzającej się okazji. Mieszkaliśmy przy lotnisku, na które drogą obok nas pędzono do pracy Żydów z wileńskiego getta. Były przypadki, że ktoś z tej kolumny uciekał, wtedy eskortująca ich policja urządzała dosłownie polowania, strzelając bez litości jak do zwierząt.

 

Ponary Yad

Po dwóch latach nastąpiło załamanie niemieckiej ofensywy na Związek Radziecki i szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Rosjan (oczywiście znacząco wspieranych przez USA). W Wilnie coraz bardziej odczuwaliśmy oznaki zbliżającego się frontu. Szczególnie dawały się odczuć ciężkie nocne naloty lotnictwa sowieckiego. Głównie skierowane były one na stację kolejową w centrum miasta, ale i na lotnisko, przy którym mieszkaliśmy. Aby zabezpieczyć się przed odłamkami bomb, w babci ogrodzie wykopano prowizoryczny schron. Był to dość głęboki, ale niezbyt obszerny dół, przykryty deskami zasypanymi ziemią.

Swoją drogą te nocne naloty to był dla mnie swoisty teatr. Rodzice nie mogli utrzymać mnie w schronie, bo chciałem koniecznie oglądać to niesamowite przedstawienie. Nadlatujące bombowce wystrzeliwały flary, aby oświetlić cel bombardowania. W tym samym czasie niemieckie oddziały artylerii przeciwlotniczej zapalały silne reflektory, które przeczesywały ciemne niebo, próbując złapać i oświetlić wrogi samolot. Tych reflektorów było zawsze kilka, więc smugi światła przecinały niebo we wszystkich kierunkach. Jeśli dwa reflektory złapały w swe światła samolot, pilotowi trudno było uciec, i do akcji wkraczała artyleria przeciwlotnicza. W kierunku samolotu, jak nanizane na sznurku, mknęły kolorowe światełka – pociski artyleryjskie. Przedstawienie trwało!

Podczas moich nocnych obserwacji nieba nie widziałem nigdy trafienia samolotu, a i na szczęście żadna bomba nie spadła na nas i na najbliższą okolicę. Ale bomby padały wokół, ewidentne oznaki zbliżającego się frontu. Rodzina wraz z babcią postanowiła zatem znowu uciec do Puszczy Rudnickiej. Ojciec zdecydował się pozostać w domu, żeby strzec dobytku. Często bowiem zdarzały się kradzieże mienia pozostawionego przez uciekinierów, no i ktoś musiał zająć się zwierzętami.

Pod koniec czerwca, w piękny pogodny dzień, drabiniastym wozem udaliśmy się do Puszczy, tak jak to zrobiliśmy w 1941 roku, uciekając przed Sowietami. Tym razem nie ukrywaliśmy się w puszczańskich bagnach, ale zatrzymaliśmy się w osadzie u kuzynów męża babci (babcia, owdowiawszy, wyszła ponownie za mąż). Ich dom stał na polance niedaleko leśnej drogi prowadzącej do zachodnich krańców Puszczy. Tam właśnie, zaraz po naszym przyjeździe, po raz pierwszy zobaczyłem żołnierzy Armii Krajowej, uzbrojonych i w mundurach polskiego wojska z orzełkami na czapkach. Wychodzili z lasu zwartą kolumną, z taborem na wozach, pieszo i na koniach. Prawdziwe Polskie Wojsko – dla mnie niezapomniany widok.

żołnierze AK Wilno 1944Oddział ten podążał na wschód, w kierunku Wilna. Przypuszczam, że byli to żołnierze AK idący do bitwy o Wilno w ramach operacji „Ostra Brama”. Operacja ta była etapem ogólnokrajowej akcji „Burza”, która planowała wyparcie Niemców z Wilna i przywitanie wkraczających wojsk radzieckich, jako gospodarze tych ziem. Czy ci partyzanci doszli? Czy wzięli udział w walkach o Wilno? Nie wiem tego do dzisiaj.

W połowie lipca Wilno zostało zajęte przez Rosjan. Front walki z Niemcami przesunął się na zachód, co zauważyliśmy również w miejscu naszego pobytu w Puszczy Rudnickiej. Co i raz widzieliśmy małe grupy lub pojedynczych żołnierzy niemieckich, którzy chyłkiem przemykali na zachód. Byli to zapewne jacyś maruderzy, albo pozostałości rozbitych oddziałów. Byli uzbrojeni, ale wyraźnie unikali kontaktu z mieszkańcami puszczy.

Któregoś dnia kilku dobrze uzbrojonych Niemców nadeszło drogą obok domu naszych gospodarzy. Zmęczeni, brudni, nieufnie rozglądający się dokoła – to nie byli już żołnierze zwycięskiej armii, która wkraczała do Wilna trzy lata temu. Podeszli do studni na podwórzu, wyciągnęli wiadro wody, pili i chłodzili zmęczone lipcowym skwarem głowy. Ze strachem przyglądaliśmy się im ukradkiem z okien. Ze strachem, bo w tym samym czasie u gospodarza przebywał jakiś partyzant – Rosjanin, który przyszedł z prośbą o żywność. Uzbrojony tylko w pistolet, zobaczywszy zbliżających się Niemców wpadł w popłoch i z pistoletem w ręku chciał biec w kierunku lasu. Niechybnie skończyłoby się to tragicznie – dla niego i dla nas, gdyż przewaga uzbrojenia i liczba żołnierzy była zdecydowanie po stronie niemieckiej. Na szczęście nasz gospodarz zachował zimną krew i rozsądek, słusznie przewidując, że uciekający Niemcy swój pobyt ograniczą tylko do okolic studni. Przestraszonego partyzanta uspokoił, kazał mu schować pistolet i cicho siedzieć. Niemcy, zaspokoiwszy pragnienie, nie zbliżając się nawet do domostwa ruszyli w dalszą drogę na zachód, a partyzant wrócił do lasu, do swoich.

Ponieważ walki w Wilnie skończyły się, postanowiliśmy wracać do domu. Na miejscu zastaliśmy całego i zdrowego ojca, dom i zabudowania niezniszczone. Z opowiadań ojca dowiedzieliśmy się, że lotniska na Porubanku bronił nieliczny oddział niemiecki, który ostrzeliwując cofał się do centrum miasta. Zachodnia strona Wilna, gdzie mieszkaliśmy, nie była chroniona bojowymi gniazdami oporu. Natomiast idąc do centrum miasta napotykało się coraz więcej śladów ciężkich walk. Wszędzie widać było rozbite radzieckie czołgi, oraz ruiny po ciężkich bombardowaniach i ostrzale artyleryjskim. Zobaczyliśmy wysadzony most na Wilią, bardzo zniszczone śródmieście, a także wstrząsający widok całkowicie zniszczonej ulicy Niemieckiej gdzie znajdowało się getto.

Dla naszej rodziny rozpoczął się nowy okres życia, w którym po raz piąty – licząc od września 1939 roku – zmienił się okupant. Okupant też zmieniony, bo wystąpił w nowych szatach. Mundury wojskowe wyposażono w „pagony” – rodzaj naramienników z naszywkami i gwiazdkami świadczącymi o randze, nowe uzbrojenie – „pepesze” i „katiusze” no i sprawne czołgi T-34. Prócz tego pojawiło się dużo samochodów z pomocy amerykańskiej i słynne konserwy wojskowe – swinnaja tuszonka. Nie zmienił się natomiast charakter rosyjskiego okupanta i jego cel: zabrać ziemie wschodnie Rzeczypospolitej i uzależnić Litwę i Polskę od Moskwy.

Nowa władza zaczęła wprowadzać swoje porządki. Ojciec przynosił informacje o represjach wobec żołnierzy Armii Krajowej, którzy walczyli o Wilno. Okazało się bardzo szybko, że są już niepotrzebni. Do wyboru mieli wcielenie do armii Berlinga, lub aresztowanie i wywóz na Sybir. Punktem zbornym aresztowanych żołnierzy AK były Miedniki, miejscowość niedaleko Wilna, skąd niepokornych wywożono na roboty w głąb Związku Sowieckiego.

Któregoś dnia na początku sierpnia ojciec przyniósł wiadomość, że w Warszawie wybuchło powstanie. Może tam Polakom uda się osiągnąć to, co nie udało im się w Wilnie? Rozmawialiśmy długo na ten temat, ale mając doświadczenia z akcji „Ostra Brama” w Wilnie i po tym, co następnie zaprezentowali nasi „wybawiciele” z Moskwy, trudno było zdobyć się na optymizm.

Tymczasem w domu trzeba było przystosować się do życia w nowych warunkach. Do domu babci dokwaterowano pilota lotnictwa bombowego, Wasię Łaponowa. Był to młody, sympatyczny Ukrainiec, który nocami na swoim bombowcu wyprawiał się na wroga. Lokator ten okazał się dla nas bardzo przydatny, chronił nas bowiem przed bandytami. Nocne napady rabunkowe – szczególnie na słabo zaludnionych przedmieściach – były zmorą w tamtych czasach. Pijani żołnierze sowieccy lub dezerterzy urządzali nocą wyprawy rabunkowe, zabierając, co się dało, i często mordując mieszkańców. Rozpowszechnił się też numer ze sprzedażą okazyjną, np. konia wraz z wozem, za określoną ilość wódki (oczywiście samogon był najchętniej widzianym środkiem płatniczym). Jedna ekipa sprzedawała konia, a po jakimś czasie druga przychodziła go odebrać twierdząc, że został on skradziony wojsku. Trzeba było oddać konia i wóz, i oczywiście dodać odpowiednią ilość wódki. Dlatego też już wczesnym wieczorem zamykano w domu drzwi i okiennice. Dom babci na szczęście posiadał drewniane okiennice oraz ganeczek, a właściwie chyba przedsionek, którego drzwi były pierwszą zaporą przed bandytami.

Nasz nowy lokator – Wasia, chłop okazały, prócz broni osobistej posiadał też karabin – popularny w wojsku KBK. Miał samodzielny pokój z oddzielnym wejściem, w którym sypiał, gdy nie miał nocnych lotów, a do łóżka miał zwyczaj zabierać ze sobą ten właśnie karabinek. W nocy, gdy ktoś gwałtownie zaczynał dobijać się do drzwi naszego ganeczka, Wasia, nie pytając, strzelał z KBK prosto w te drzwi, skutecznie odstraszając napastnika. Chyba jednak nikogo w ten sposób nie zabił, bo rano ofiar nie znajdowaliśmy.

Wasia na Ukrainie zostawił żonę z synkiem – Wową, i nawet na kilka dni sprowadził ich do nas. Jako chłop serdeczny opowiadał często o swojej rodzinie, a kiedy miał urlop, wracał z Ukrainy z prezentem – sporą walizką wypełnioną czarnymi pestkami słonecznika. Od ciągłego łuskania tego podarunku miałem spuchnięty język.

W czasie wizyty u nas Wowa biegał po podwórku i podśpiewywał: Diewek mnogo, diewek mnogo, niekuda diewać łoszadi padochnut budim zapragat. Malec pewnie o tym nie wiedział, ale piosenka ta dobrze oddawała rzeczywistość w Związku Radzieckim w czasie wojny. Kiedy żona wyjechała, Wasia co jakiś czas udawał się na spoczynek w towarzystwie karabinku i Katii z kobiecego batalionu pomocniczego. Moja babcia na widok nowej lokatorki zdziwiona zwróciła się do młodego lotnika: “Wasia, jak możesz, masz żonę i synka, a Ty tu z Katią?” Odpowiedź była krótka: “Babuszka, kagda ja lubiel etawo dieła”.

Wasia urządzał też często przyjęcia dla swoich mechaników samolotowych – oczywiście z morzem alkoholu. Pili co się dało – głównie samogon, a gdy zabrakło, podobno pili spirytus drzewny używany przy obsłudze silników samolotowych. Piloci byli dość dobrze odżywiani, więc mogli wykazać się mocną głową w porównaniu do biednych, wychudzonych mechaników. Szybko więc ci ostatni nie wytrzymywali ostrego picia i Wasia wynosił ich na dwór, gdzie pozostawali aż do wytrzeźwienia.

Ten – stosunkowo krótki – okres pobytu lotników sowieckich w naszym domu zakończył się niespodziewaną wizytą NKWD. Przyszli aresztować nawigatora, członka załogi samolotu Wasi. Był to starszy, kulturalny mężczyzna o semickich rysach. Zarzucono mu, że w chwilach wolnych od lotów chodził na rozbój. W chwili aresztowania był spokojny, choć wiedział, co go czeka. Jak powiedział moim rodzicom, poślą go w pieredawuju – na pierwszą linie frontu, – co praktycznie oznaczało pewną śmierć. Zostawił po sobie małą walizeczkę z rzeczami osobistymi, którą zaraz skwapliwie przejął enkawudzista. Czy był to prawdziwy powód aresztowania? Nie wiadomo też, jak dalej potoczyły się losy młodego pilota Wasi. Czy przeżył wojnę i wrócił na swoją Ukrainę?

Janusz Czarniawski.

 

Getto lwowskie w 1942 r. Źródło: “Męczeństwo, walka, zagłada Żydów w Polsce, 1939-1945” (Wikimedia Commons, 18 VII 2011) – ze strony – https://dzieje.pl/aktualnosci/10-sierpnia-1942-r-niemcy-rozpoczeli-likwidacje-getta-we-lwowie