Pożegnanie z Wilnem …

Piłowanie polskiego szlabanu - przekazanie Kresów Litwie 27 października 1939 r.
Piłowanie polskiego szlabanu - przekazanie Kresów Litwie 27 października 1939 r.

Janusz Czarniawski.
Wojna. 19 wrzesień 1939

Ciepły, słoneczny wrześniowy dzień. W ogrodzie pachną kwiaty i dojrzewają wspaniałe gruszki. Nagle, wprost nad moją głową, nadlatuje jakiś samolot. Leci nisko, z hałasem. Wyraźnie widzę czerwone gwiazdy na skrzydłach, i gruby, pękaty nos. Obracam głowę, ale już znikł za lasem.
To są moje pierwsze wspomnienia, pierwsze zetknięcie dziecka z wojną. Szybko dowiaduję się, czym to grozi i co nas czeka. Trzeba w te pędy pożegnać się z miłym ogrodem i domem w nadgranicznych Zawiasach. Przenosimy się do Wilna. Tam nowe powody do zdziwienia: na ulicach paradują kolumny jakiegoś dziwnego wojska, w długich płaszczach, i spiczastych czapkach z czerwoną gwiazdą.
Sowiecka Armia Czerwona wkroczyła do Wilna, ale jej pobyt w mieście nie trwał długo. Już w październiku 1939 roku miasto zostało przekazane nowym władzom i nowej armii: litewskiej. Tak ustalono w układzie między Litwą, a Związkiem Sowieckim zawartym w dniu 10 października 1939 roku. Ze względu na szybko pogarszające się warunki życia w mieście, wkrótce musieliśmy przenieść się do babci, mieszkającej na przedmieściach Wilna, blisko lotniska na Porubanku.
Jednak i rządy litewskie szybko się skończyły. Przedwojenny rząd Antanasa Smetony musiał ustąpić, bo tego zażyczyli sobie Sowieci. Dlatego też na przełomie 1940 roku do Wilna powróciła znów Armia Czerwona. Wraz z innymi dziećmi i moim bratem pobiegliśmy oglądać to wojsko. Szeregi bojcow szły ruskim szagom, jak o tym mówiono w Wilnie, czyli w zwartym szyku. U boku mieli karabiny z długimi bagnetami, często na sznurkach, na plecach coś w rodzaju plecaka – worek, do którego rogów przyczepiono troki ze sznurka; na wierzchu przywiązany kociołek do gotowania strawy. Za nimi obłok smrodu.
Niedługo po powtórnym wkroczeniu wojsk sowieckich do Wilna (w sierpniu 1940 roku), Litwa została przyjęta do Związku Radzieckiego, według oficjalnej wersji, na skutek „woli ludu pracującego”.
Wkrótce boleśnie odczuliśmy rządy nowej władzy. Pewnej jesiennej nocy w 1940 roku usłyszeliśmy stukanie do drzwi naszego mieszkania. To byli „enkawudyści” litewsko-sowieccy, którzy przyszli zaaresztować mego ojca. Najpierw rewizja, której nie zapomnę do końca życia. Rozbudzony ze snu w środku nocy, – obcy ludzie, obca mowa – przeraziłem się i zacząłem płakać.. Jeden z tych mężczyzn przeszukiwał mieszkanie, drugi usiadł przy moim łóżku, i trzymając pistolet w ręku powtarzał: Nie rawij, malczyk (nie rycz, dziecko). Wyprowadzili ojca i umieścili go w wileńskim więzieniu na Łukiszkach. Zobaczyłem go dopiero za rok.

Była to w tamtych czasach rutynowa akcja. NKWD utworzyło biuro skarg, w którym przyjmowano wszystkie donosy płacąc po 5 rubli od donosu. Stworzyło to wymarzoną sytuację dla różnych osobistych zemst i porachunków. Prawdopodobnie aresztowanie mojego ojca było zemstą jakichś sąsiadów za jego przedwojenną działalność.
Dla naszej rodziny rozpoczął się bardzo trudny okres. Mama starała się dostarczać uwięzionemu na Łukiszkach ojcu żywność i ciepłe rzeczy. Od głodu ratowało nas to, że mieszkaliśmy u babci, której na szczęście nie odebrano gospodarstwa. Mieliśmy zatem własne mleko, warzywa i chleb.
Pojawiło się jednak nowe, poważne zagrożenie. W tych latach było prawie regułą, że rodziny uwięzionych Polaków umieszczano na liście osób do wywiezienia na Sybir. Tak było w czasie pierwszej wielkiej deportacji Polaków wiosną 1940 roku z terenów na Kresach Wschodnich, gdzie od początku wojny panowali Sowieci (np. we Lwowie). Należało się zatem spodziewać podobnej akcji w Wilnie.
Nie było złudzeń: czerwony terror nasilał się coraz bardziej. Aresztowano każdego dnia coraz więcej osób, w tym wielu naszych znajomych. Aby więc uniknąć wywózki na Sybir, nasza mama postanowiła ukryć siebie i nas u znajomych w Puszczy Rudnickiej, niedaleko Wilna. I tak to wiosną 1941 roku, pojechaliśmy konnym wozem do osady Gira w sercu Puszczy Rudnickiej. Był to jednak dopiero początek naszej ucieczki. Następnej nocy, miejscowy znajomy przewodnik zaprowadził nas na położoną wśród bagien rzeki Mereczanki, ukrytą w gęstym lesie, wyspę „suchego lądu”.
Nigdy nie zapomnę tej nocy i drogi wśród bagien. Noc była jasna, księżyc błyszczał nad lasem, a my posuwaliśmy się wolno ukrytą, wąską ścieżką ułożoną z drewna. Trzeba było bardzo uważać, bo jeden krok w bok to ugrzęźnięcie w bagnie, powiedziała mama surowo. Czas wlókł się niesamowicie wolno, aż wreszcie poczuliśmy twardy ląd pod nogami. Następnego dnia zwiedzaliśmy wyspę – wrażenia były mieszane. Na plus spokój i pewność, że Sowieci nas tu nie znajdą, bo ścieżka znana była tylko nielicznym mieszkańcom puszczy. Na minus – przeogromne komary które cięły niemiłosiernie, nie było gdzie przed nimi szukać schronienia. Naszymi żywicielkami okazały się kozy, niezbędny żywy inwentarz do przetrwania na tym terenie.
Chowaliśmy się tam przez kilka tygodni. Obawy mamy dotyczące deportacji na Sybir okazały się słuszne, bowiem już w dniu 14 czerwca 1941 roku przygotowane wcześniej transporty z Polakami wyruszyły na Wschód, w głąb Związku Radzieckiego.
Mama zdecydowała się jednak wrócić do Wilna, zarówno po to, aby dowiedzieć się czegoś o sytuacji ojca w więzieniu, jak i dlatego, że się rozchorowałem. Bagienny klimat rozlewisk Mereczanki i ogromne komary nie wyszły mi na zdrowie…
Po powrocie do Wilna mama dowiedziała się, że ojciec ma być wywieziony w transporcie więźniów, który ma wyruszyć ze stacji Wilno 22 czerwca 1941 roku.

Koniec części pierwszej.