Powstanie Warszawskie w literaturze, poezji i pieśni.

 

Ucieczka

 

Okazało się, że nie ma czasu niczego sprawdzać. W niecałe pięć minut później nadjechały dwa czołgi otoczone tłumem cywilów. Esesmani ze śmiechem kopniakami wepchnęli „Mőtza” między przerażone kobiety, dzieci i zgrzybiałych starców. Wszyscy stali w ciszy, z rękami uniesionymi do góry. Śmierdziało ropą, strachem i śmiercią. Gąsienice zgrzytnęły ostrzegawczo. Czołgi powoli ruszyły, aby po dwóch minutach zniknąć u wylotu ulicy Karolkowej. Zostali sam na sam z niemieckimi żołnierzami.
Po chwili gdzieś obok z piskiem zahamowała ciężarówka. Z paki opla blitza zeskoczyło trzech żołnierzy, którzy z wyraźnym wysiłkiem wytaszczyli ze środka MG-42, popularny spandau.
„Do tysiąca dwustu strzałów na minutę. 7,92 mm. Strzela skutecznie na ponad kilometr” – skojarzył „Mőtz”.
Spandau nie został tu przywieziony, żeby Niemcy mogli z kimś walczyć – to oczywiste. Ludzie nie byli już potrzebni. Czołgi nie musiały jechać w osłonie złożonej z cywilów, którzy zaczęli zawadzać.
„idziemy na rozwałkę” – pomyślał Ciszewski.
Nie czuł strachu. Było mu raczej żal, że tak szybko wszystko się może skończyć. Myślał za to jeszcze szybciej niż dotychczas. Rozejrzał się dookoła. Z każdej strony stali żołnierze z bronią gotową do strzału. Szanse na ucieczkę? Żadnych.
Jeden z esesmanów, chyba najprzystojniejszy z nich wszystkich, smukły blondyn z jasnoniebieskimi oczami, w czystym, dopasowanym mundurze i lśniących oficerkach, przeszedł przed szeregiem cywilów. Rozglądał się uważnie. W końcu zatrzymał się, spojrzał między przerażonych ludzi i gdzieś z drugiego rzędu wyciągnął może piętnastoletniego chłopca. Jego matka nie zdążyła nawet zareagować. Niemiec bez słowa podniósł waltera-38. Uśmiechnął się krzywo i spokojnie pociągnął za spust. Strzelił małemu prosto między oczy. Chłopak runął na kobiety, obryzgując im nogi krwią zmieszaną z białymi kłaczkami mózgu. Zrobiło się przeraźliwie cicho. Esesman ruszył dalej. Z beznamiętnym wyrazem twarzy przeszedł pięć spokojnych kroków. Tym razem jego wzrok spotkał się z oczami kobiety. Nie była stara. Jej spódnicy trzymała się kurczowo mała dziewczynka.
– Du Schweinehund, raus! – Wskazał palcem na dziecko.
– Nie, panie, nie! – Matka klęknęła na bruku.
Strzał. Skonała natychmiast. Dziecko przypadło do ciała i zaczęło przeraźliwie krzyczeć:
– Mamo, mamo!!!
Esesman skrzywił się jak ktoś, komu bez potrzeby zawraca się głowę nieważnymi detalami; strzelił trzeci raz. Później egzekucja ruszyła swoim rytmem, jak automatyczna taśma śmierci w fabryce trupów. Najpierw kolbami wypychali pod mur dwudziestu czy trzydziestu ludzi. Potem następowało kilka sekund ciągłego ognia. Przerwa, by lufy odpoczęły i żeby na ciepłe ciała wepchnąć kolejne trupy. Znowu strzały. Pałacyk pod „Wenecją” wyludniał się szybko. Strzały. Przerwa. Strzały. Przerwa. Nieznośnie. Po niemiecku. Bach. Bach. Bach. Cisza. Przerwa na łyk wody i papierosa.

 

 

s. 67, 68. Ojciec 44. Jerzy Ciszewski. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016.