Powstanie Warszawskie w literaturze, poezji i pieśni.

 

Oto Bóg …

 

„Mőtz” rozkleił powieki, gdy nad dachem nagle zaryczał nisko lecący samolot. Że szpitalnej kuchni właśnie nieśli śniadanie. Niemiecki myśliwiec przeleciał wzdłuż Bonifraterskiej. Jeszcze przed sądami zaczął gwałtownie się wznosić. Pilot meserszmita zrobił zwrot na lewe skrzydło, a potem z rykiem silnika przeleciał tuż nad dachami Nowego Miasta. Niemiec uruchomił karabiny. Chyba chciał je przestrzelać albo opróżnić magazynki. Walił bez ładu i składu. Trafił również w szpitalne okna. Potężna seria wywaliła kilkanaście dziur w ścianach, strącił krzyże ze ściany. Szpital zadrżał w posadach. Z sufitu sypnęło kurzem i strachem.

Sanitariusze od Jana Bożego przysiedli na podłodze. Bardzo się bali. Z rąk wyleciało im wiadro ze zbożową kawą Pluton, obficie posłodzoną sacharyną; z tacy spadły kawałki chleba maźnięte chyba dżemem. „pluton za plutonem, za plutonem pluton. Wszędzie wkracza jak zwycięska armia kawa i herbata Pluton” – tę reklamę pamiętał chyba każdy. Teraz Pluton rozlewał się po podłodze.

W drzwiach Sali stanął siwy facet w piżamie w biało-niebieskie pasy. Był nieogolony, bezzębny, śmierdział moczem.

– Oto Bóg, który schodzi z niebios w grzmocie gniewu swego – wykrztusił z cierpiętniczym wyrazem twarzy. – On przyjdzie i rozliczy nas wszystkich. Koniec naszego świata się zbliża – bełkotał dalej pod nosem.

Ciszewski oglądał tę scenę jak fragment spektaklu teatralnego. Scena to sala z łóżkami. Budka suflera to krzesło siostry w pielęgniarskim fartuchu. Ranni na łóżkach – widownia. I ten dziwny aktor, który niczym Wernyhora straszy i przeraża.

– Pan stąd zaraz pójdzie, bo zawołam doktora. No sio, sio!

Pielęgniarz wypchnął starca za drzwi.

– Bóg cię ukarze, synu. Odchodzę więc i już nigdy nie wrócę. Niech was ziemia pochłonie pod gruzami swemi – warknął dziwny gość.

„Mőtz” z trudem przełknął ślinę.

– Gdzie ja jestem?

– Wczoraj przynieśli tu pana podchorążego nieprzytomnego – oznajmił lekarz dyżurny.

– Co ze mną jest?.

– Rana w boku. Czysty postrzał. Można powiedzieć, że cholerne szczęście, bo nie trzeba było niczego operować. Tylko wyczyściliśmy i zaszyliśmy ranę, do wesela się zagoi.

– Kiedy stąd wyjdę?

– Póki co nie ma o tym mowy! Trzeba leżeć i odpoczywać. Przydałaby się transfuzja, ale krwi mamy mało i tylko dla ciężko rannych. Musi pan wytrzymać.

– Ale tam mnie potrzebują …

– Rozkazuję leżeć! – Lekarz był nieustępliwy.

„Mőtz” podciągnął się na łokciu.

– Gdzie jest mundur? – zapytał słabnącym głosem.

– Daliśmy do oczyszczenia. Resztę rzeczy znajdzie pan pod łóżkiem. Nikt tu niczego nie ukradnie.

– A ten świrus od Boga i końca świata?

– To wariat, ale całkiem niegroźny. Chodzi tylko po korytarzach i – gdy zaczynają strzelać – opowiada nam o końcu świata. Mamy tu więcej takich pacjentów, ale nie ma co z nimi zrobić. Nie wypuścimy ich chyba luzem na barykady? – retorycznie spytał lekarz.

Ciszewski przerzucił ciężar ciała na prawy bok.

„Mo tak, u Jana Bożego leczyli wariatów” – przypomniał sobie.

Przechylił się za brzeg łóżka. Stęknął z bólu, ale w końcu dopiął swego. Spojrzał w dół, gdzie jakaś bezimienna ręka grzecznie poukładała na podłodze jego graty. Noże, parabelka, ręczne granaty, Thompson wraz z zapasowymi magazynkami – wszystko tu leżało. Uspokoił się. Odetchnął kilka razy głęboko, a potem wrócił na miejsce. Złapał za brzeg łóżka i usiadł.

– Zje pan coś? – zapytała siostra.

– Poproszę. Jestem bardzo głodny.

Przełknął dwie pajdy chleba, który wyraźnie zalatywał piwnicą. Przy każdym kęsie Jerzy czuł ziarenka piachu między zębami. Napił się kawy, która jakimś cudem przetrwała na dnie wiadra. Zasnął. Musiał nabrać sił. Jak najszybciej.

 

 

s. 53, 54, 55.

 

Ojciec 44. Jerzy Ciszewski. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016.