Powstanie Warszawskie w literaturze, poezji i pieśni.

 

 

(…)

Dalej – przez pewien ciąg dni będzie mi się mieszało, do 15 sierpnia. Z tym, że i 12-go – bo przypomniałem sobie, co wtedy było – coś było. I 13-go też coś. I to znanego. Dotąd. A co przypomniałem sobie: tramwajarza z kochanką na pryczy obok naprzeciwko, przy beczce prawie. Bo jakoś byli i przy drzwiach, tych nie dokończonych wyjściowych na schody, albo coś przy filarze, chociaż wydawało mi się przed chwilą, że są pod ścianą. W każdym razie blisko nas, w zasięgu głosu. Mieli karbidówkę. I ją palili. Ale pamiętam ich dużo w mroku. Takim betonowym. Czy może zafilarowym. Czy może i to, że zmienili potem miejsce. Choć też blisko. Czy że wszystko było takie w mroku. I pewnie tak. Uchodzili za małżeństwo. Nieślubne. On grubej kości. W granatowym mundurze. Na tramwajowo. Ona – pamiętam ją jakoś najwięcej od góry, od roztarganych włosów, takich bujnych, poplątanych. Na tle karbidówki. Te włosy. Była grubej kości też. W jakimś kostiumie, raczej w żakiecie. W szarą kratę czy pepitę. W miarę młodzi, trochę ładni i mili, i się kochali, przy Tm wszystkim. Zaznajomiliśmy się z nimi. Czyli to było tak: że z jednej strony, tej od ołtarza, przyjaźniliśmy się z państwem Ad.; a od drugiej strony, od strony beczki i wyjścia – z tramwajarzami.

Wracam na razie do 7 sierpnia, ciągle pierwszego dnia na Starym Mieście. Co jeszcze się dowiedziałem. Zaraz na początku. Że przepłyniecie przez Wisłę to w ogóle … No bo nie od razu o to zapytałem, bo się krępowałem, za to od razu wyczułem, że to coś nie na miejscu o to pytać. Więc skoro odważyłem się, półgłosem w dodatku, Swen machnął ręką i się roześmiał:

– Co-o-o … Idź i zobacz … Całe Wybrzeże w zasiekach, jeżdżą czołgami, a w nocy bez przerwy oświetlają Wybrzeże i Wisłę reflektorami ze wszystkich stron.

Oczywiście od razu mnie to przekonało, bo przekonała mnie już pierwsza chwila wejścia na ten teren i do schronu. Jadźka i Helenka też to słyszały. I tak samo jak ja machnęły ręką. Zresztą to były takie ślepe instynkty. Raz chciało się tu. Raz tam. Na Woli był strach o te rozstrzeliwania i palenia na stosach. Więc człowiek chciał się wydostać jakimś cudem z tego piekła. Ale tu uderzało do głowy od razu co innego. Nowy nastrój. Od początku. I wiem, tak jak znam siebie i każdego przeciętnego warszawiaka, że natychmiast chciałbym wrócić z powrotem spod tej Warszawy, z tego ocalenia cudownego do tego piekła. Przecież w 39 roku, bo z rodzicami rajzowałem wtedy aż do Zdołbunowa, więc nie byłem od 5 września w warszawie, nie mogłem odżałować, że nie było mnie tutaj przez cały wrzesień. I jak mi mówili, co było, i łapali się za głowy, i ten 23, 24 i 25 września – to właśnie o te daty najbardziej mi chodziło. Strasznie żałowałem przez całą okupację, że nie było mnie tu 25 września, podczas tego słynnego bombardowania od ósmej rano do ósmej wieczór.

 

s. 31, 32.
Pamiętnik z Powstania Warszawskiego. Miron Białoszewski. Państwowy Instytut Wydawniczy.