Powstanie Warszawskie w literaturze, poezji i pieśni.

 

 

 

Odprawa.

 

 

Jerzy lubił most Poniatowskiego. Cieszyło go zwłaszcza głuche dudnienie tramwajów, które na lekkiej pochyłości wiaduktu pędziły ku Saskiej Kępie na łeb na szyję. Lubił dziwne baszty i labirynt schodów, którymi można było wyjść z Solca na górę. I widok na Wisłę z jasnymi piaszczystymi łachami, przetykanymi kępami krzaków.

Spokojnym krokiem minął cienką nitkę torów linii „Powiśle”. Trasa tego tramwaju biegła przez pół miasta; jechał strasznie powoli, kiwał się na zakrętach i przeraźliwie poskrzypywał. Ciszewski lubił poetkę – zbawienie dla tych, co przyjechali z górnej Warszawy, aby posmakować wódki, nóżek i flaczków. Na Czerniakowie bardzo łatwo można było dostać w pysk, ale tramwaj był bezpiecznym niczym komisariat.

Należało zacząć subtelnie w „Sztuce i Modzie”, gdzie przy popołudniowym likierku i kawie wypatrywało się wolnych pań. Potem taksówką do nieodległej „Adrii”, gdzie człowiek mógł i zjeść i popić. Gdy towarzystwo już się leciutko rozochociło, wszyscy zjeżdżali „między lumpy”, na Czerniaków. W zaułkach niedaleko Wisły było średnio bezpiecznie. O ile Powiśle przy Alejach i dalej przy Rozbracie było jeszcze eleganckie i nowoczesne, o tyle na południowy zachód, w stronę kortów i basenów Legii, rozciągała się ciemniejsza i jakby brudniejsza część miasta. Taksówki rzadko się tu zapuszczały, a dryndziarze przeklinali kocie łby i egipskie ciemności, rozświetlane najwyżej samotnymi żarówkami, wiszącymi nad zakurzonymi sklepikami oraz nad wejściem do knajp „dla swoich”.

(…)

Przysunął się pod drzwi z numerem 38. Leciutko oparł się o nie ramieniem i przyłożył ucho w miejscu, w którym futryna łączyła się z drzwiami. Oba elementy były wykonane z modnego drzewa orzechowego. Takie wejścia do mieszkań lubił i sam chciał projektować: czyste, finezyjne, piękne. Może będzie to jego praca kiedyś w przyszłości. Bardzo chciał zostać architektem.

Ucho wyczuło leciutkie wibracji – w środku mieszkania ktoś prowadził ożywioną rozmowę. Mocno i energicznie wystukał umówiony sygnał. Trzy krótkie i dwa dłuższe uderzenia. Odczekał sekundę, a później stuknął raz, ale znacznie delikatniej.

– Kto tam? – usłyszał damski głos, nieco stłumiony przez grube drzwi.

– Przyszedłem sprawie Kossaka. Nazywam się Janowicz? – podał umówiony wcześniej odzew. Kossak i Janowicz? Janowicz był nikim, a wzmianką o Kossaku – gdyby za drzwiami była wsypa i siedziało Gestapo – można by łatwo wytłumaczyć. Niemcy dobrze wiedzieli, że obraz z pracowni Kossaków to najlepsza lokata kapitału.

– Durnie swoją drogą – zaśmiał się pod nosem. – Senior Kossak dawał się jeszcze oglądać na ścianach, ale te bohomazy jego syna Jerzego to już okropność. Kicz narodowy.

– Zapraszamy serdecznie!

Nie znał kobiety, która otworzyła mu drzwi. Miała około czterdziestu lat i burzę jasnych włosów upiętych w wysoki kok. Z uznaniem spojrzał na kwiecistą sukienkę, którą warszawska zdolna krawcowa dopasowała tak, żeby uwydatnić i tak piękny biust nieznajomej blondynki. „Świetny tyłek i łydki jak u młodej klaczki” – pomyślał, gdy kobieta prowadziła go do salonu. Z cichym zgrzytnięciem blondynka rozsunęła wielkie drzwi z przydymionego szkła. W wielkim pokoju było tłoczno. Zasłony zostały szczelnie zasunięte, bo okna wychodziły wprost na Aleje. Mieszkanie leżało na wysokości wiaduktu, więc trzeba było uważać, żeby nikt z ulicy nie dostrzegł tego, co dzieje się w środku.

– Czego się pan napije? Proponuję, proszę pana, herbatę lub kawę. Herbaty nie polecam, bo to szkopska lura na kartki. Ale kawę … – zawiesiła miękko głos – kawę, i to prawdziwą, przyniósł nam dzisiaj pan rotmistrz – powiedziała, jednocześnie skłaniając głowę w stronę eleganckiego siwego pana pod pięćdziesiątką. Mężczyzna był ubrany w cywilny znoszony garnitur i stare buty, ale trzymał się prosto jak struna. Garnitur miał spięty pasem, za który wcisnął płaską furażerkę. Ciszewski energicznie wszedł do środka. Skłonił głowę i przedstawił się regulaminowo.

– Kapral podchorąży „Mőtz” melduje swoje przybycie!

– Spocznij – powiedział rotmistrz. – Dobrze, że pan już jest. Czekamy przynajmniej od kwadransa – dodał z lekkim wyrzutem.

– Panie rotmistrzu, przepraszam za spóźnienie, ale Aleje stoją. Górą przejść się nie da – nie puszczają na Pragę, bo podobno Rosjanie są w odległości kilku kilometrów. Niemcy zacieśnili posterunki. Musiałem nadrobić kawał drogi i obejść posterunki za Muzeum Narodowym. Od Książęcej Niemców nie widać. Proszę o wybaczenie.

– Niech się pan uspokoi – przerwał oficer. Trudno nas tu wszystkich utrzymać w ryzach, a licho nie śpi. Niemcy są słabi, ale wciąż groźni. Nie chcę przedłużać tego spotkania, bo wiele jest jeszcze do zrobienia.

Rotmistrz przerwał nagle rozmowę i zwrócił się pełnym głosem do wszystkich zebranych.

– Baczność! Teraz jesteśmy w komplecie. Proszę państwa, zaczynamy odprawę. Nie będę owijał w bawełnę. Rząd podziemny uznał, że teraz jest najlepszy moment, żeby rozpocząć walkę. Jutro o siedemnastej nastanie Godzina „W”!

 

 

 

Ojciec 44. Jerzy Ciszewski. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016. s. 21, 24, 25, 26.