Moja ciocia Maria, ps Maria, Irena

Maria Jędrzejewska b. drużynowa II. Miejskiej Drużyny Harcerek 

im. Józefy Joteyko w Pruszkowie

 

Wspomnienia nie były dotąd nigdy publikowane.

Dziękujemy Pani Hannie Radziejewskiej za udostępnienie wspomnień.

 

Maria Jędrzejewska – z domu Kowalska, urodziła się w Pruszkowie – Żbikowie 20 stycznia 1913 roku. Zmarła 3 października 1994 roku – 50 lat po kapitulacji Powstania Warszawskiego. Ojciec Józef Kowalski – rolnik, Matka Małgorzata Kowalska z domu Chudecka. Z krótką przerwą mieszkała całe życie na Żbikowie przy ul. 3 Maja 34. Spoczywa na cmentarzu parafialnym na Żbikowie.

Od roku 1925 do roku 1939 należałam w Pruszkowie do Drużyn Harcerskich – początkowo do I. Żeńskiej Drużyny Harcerskiej im. W. Umińskiej, a następnie do  II. Żeńskiej Drużyny Harcerskiej im. Józefy  Joteyko – jako zastępowa i drużynowa (od roku 1930).

Do wybuchu wojny w 1939 r. drużyna nasza, jak inne drużyny żeńskie, uczestniczyła w obozach, kursach harcerskich, zdobywała stopnie, urządzała wystawy prac, prowadziła zabawy i pogadanki dla dzieci burs pruszkowskich, urządzała ogniska, wycieczki, brała udział w organizowanych świętach państwowych.

Z chwilą wybuchu wojny w 1939 r. dziewczęta naszej drużyny zgłoszone były do pracy w szpitalach miejscowych. W czasie działań wojennych przewoziłyśmy, wypożyczonym wozem z koniem, rannych żołnierzy z pola bitew pod Ożarowem i Brwinowem – do szpitali pruszkowskich przy ul. Szkolnej (Zakład Maura i Placyda) i przy ul. 3 Maja (Warsztaty).

Pracowałyśmy w tych szpitalach jako sanitariuszki i salowe(druhny: Lucyna Bogdanowicz, Jadwiga Gąsiewicz, Janina Sadowska, Maria i Genowefa Ziemniakówny, Irena Rymuszko i inne). Ponadto zbierałyśmy żywność, bieliznę dla rannych, odzież dla rekonwalescentów. W późniejszym okresie pomagałyśmy rodzinom potrzebującym pomocy przygotowując i dostarczając paczki żywnościowe
i ciepłą bieliznę oraz odzież.

W kwietniu 1940 r. gestapo aresztowało mojego męża  zabierając go z domu. Był więziony na Pawiaku, a następnie wywieziony do obozu w Mauthausen- Gusen, skąd już nie wrócił. (od redakcji.: Ryszard Jędrzejewski urodzony 27 października 1907 roku w Warszawie, zamordowany 5 listopada 1940 roku w niemieckim obozie koncentracyjnym Mautausen- Gusen, Maria i Ryszard wzięli ślub 16 grudnia 1939 roku w kościele Żbikowskim).

Po aresztowaniu męża przeniosłam się do Warszawy i zaczęłam pracować w Internatach dla Rodzin Wojskowych, które były prowadzone przez harcerki.

W Internacie, który mieścił się w gmachu „Ateneum”, poza nauką odbywała się normalna praca harcerska, jak: zdobywanie stopni harcerskich, sprawności. Kierowniczką Internatu była druhna Irena Kisielnicka, b. Komendantka Chorągwi Poznańskiej.

W tym Internacie organizowałyśmy wysyłkę paczek do obozów jenieckich, konspiracyjnie zajmowałyśmy się kolportażem gazetek.

W całym gmachu „Ateneum”  przebywali Niemcy. Tylko część gmachu zajmował nasz Internat i drugi internat dla pielęgniarek ze szpitala Czerwonego Krzyża.

Pracując następnie w Internacie przy ul. Sienkiewicza nr 14 byłam w kontakcie ze swoją b. szefową drh E. Woroniecką oraz z drh Kazimierą Świętochowską – b. Komendantką Chorągwi Mazowieckiej. Otrzymywałam od nich różne zlecenia do wykonania, były to prace związane z pomocą dla partyzantów, a mianowicie: zbiórka żywności, odzieży, poza tym różne prace konieczne w danej chwili.

Między innymi otrzymałam do przechowania aparat radiowy nadawczo – odbiorczy (z Piastowa) – dostarczyła go drh Woroniecka. Aparat ten przechowywałam w Internacie przez kilka tygodni.

Od druhny Świętochowskiej i dr Marii Kuzańskiej (Sekretarz Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci) otrzymałam polecenia umożliwienia spotkań na terenie internatu partyzantom i w miarę możliwości wyżywienia w czasie ich pobytu. Spotkania odbywały się w m-cu lutym, w marcu 1944 r. Były to odprawy, jak dowiedziałam się później.

Kierownikiem internatu był nauczyciel p. Józef Zolich, który akceptował moje prośby odnośne przyjmowania osób z poza internatu.

W tym gmachu pracowała również moja nauczycielka ze szkoły powszechnej w Pruszkowie p. Maria Szczawińska, której pomagałyśmy w zbiórce żywności dla dzieci z getta.  Pani Szczawińska utrzymywała kontakt z p. Falską na Bielanach i do ostatniej chwili z drem Januszem Korczakiem w getcie przez ludzi, którzy byli tam zatrudnieni.

W lutym 1942 r. drh Woroniecka poleciła mnie komórce wojskowej, której zadaniem było prowadzenie kas. Był to VII Oddział Komendy Głównej AK. Po zaprzysiężeniu otrzymałam swój odcinek pracy.  Zamieszkałam w lokalu przy ul. Bagno 1/3 – Plac Grzybowski 1 – w domu tym urządzony był skarbiec – na i. piętrze i na dwóch kondygnacjach piwnic – po uprzedniej adaptacji pomieszczeń mieszkalnych i piwnic.

Zaznaczyć muszę, że przy ul. Bagno 1/3 i Placu Grzybowskim 1 znajdował się duży kompleks budynków, kilka bram prowadziło na rozległe podwórko pełne warsztatów i sklepów. Na podwórku tym odbywały się różne transakcje handlowe. Pod moim mieszkaniem, na parterze, był warsztat, w którym głośno pracowały maszyny. Moja kasa miała nazwę „Buczek”.

Była to jedna z największych kas lewobrzeżnej Warszawy. Miałam możliwość porównać i ocenić [ich] wielkość w czasie Powstania Warszawskiego pracując przy zabezpieczeniu tych kas. Były to kasy przy ul. Zakroczymskiej, przy ul. Wilczej i Hożej. Tam, gdzie były lokale kwatermistrzostwa Komendy Głównej AK.

Praca moja w „Buczku’ polegała na: odbieraniu paczek z banknotami ze zrzutów, segregowaniu, liczeniu, znoszeniu do skarbca, po uprzednim zdjęciu opakowań impregnowanych, a przede wszystkim na pilnowaniu a pieniędzy było b. dużo. Były również pieniądze zdobyte z Wytwórni Papierów Wartościowych.

Klucze do mieszkania miały jeszcze dwie panie z Komendy Głównej, które przynosiły paczki podczas mojej nieobecności (pracowałam do godz. 16-ej zarobkowo w internacie) składały paczki w pokoju.

Praca przy prowadzeniu kasy była ciężka, denerwująca, wymagała spokoju i uwagi, zachowania, które nie wzbudziłoby podejrzeń sąsiadów mieszkających w tym domu. Szczególnie wieczory i noce ciągnęły się w nieskończoność, każdy najmniejszy szelest straszył, a na rozległym podwórzu działy się różne sprawy. Na tym podwórzu mieścił się m. inn. warsztat oferujący rury wodociągowe i kanalizacyjne. Był to zakład AK – pracowało tam około 15 pracowników przy produkcji sidolówek przeciwczołgowych i innych części zbrojeniowych.

Inf.: Nazwa R-42 pochodzi od roku, w którym granat został opracowany, zaś sidolówka nawiązuje do kształtu puszki przypominającego puszkę sidolu. Materiałem wybuchowym był szedyt-prosty w produkcji, acz podatny na tarcie związek na bazie chloranu potasu i tłuszczy roślinnych. Zapalnik typu tarciowego typu P-42. https://www.sadistic.pl/czlowieku-bron-sie-vt247072.htm

Jeden z robotników doniósł władzom niemieckim o działalności konspiracyjnej – trzeba było warsztat zlikwidować i przenieść, przyszli Niemcy przeprowadzili rewizję, wszyscy mężczyźni opuścili domy na kilka dni – a ja musiałam zostać pilnować kasy.

A więc podwórze było bardzo niespokojne, zawsze pełne różnych ludzi. Piwnice w tych domach pożydowskich były schronieniem dla szczurów. Współpracowniczki moje „Łucja” i „Zofia” na moje uwagi, że widziałam szczura mówiły: „Jeden szczur to nic takiego, gorzej jak jest cała gromada”. W ten sposób mnie pocieszały, bo wiedziały, że boję się tych zwierząt.

Cały czas pracowałam zarobkowo w internacie – musiałam z czegoś żyć.

W dniu wybuchu Powstania 1 sierpnia 1944 r. otrzymałam rozkaz stawienia się na zbiórkę na godz. 15 – przed godz. W w naszym lokalu konspiracyjnym przy ul. Kapucyńskiej 5, na Starym Mieście. Tam zastałam już grupę składającą się z 10 członkiń mego Oddziału.

Na starówce, poza pracą łączniczki, zajmowałam się gaszeniem pożarów w dniach kiedy woda była jeszcze osiągalna, odkopywaniem ludzi zasypanych gruzami, pomagałyśmy przenosić rannych do punktów opatrunkowych, szpitali, zdobywałyśmy wodę dla szpitali.

W dniu 1 sierpnia – w dniu rozpoczęcia Powstania – wieczorem oraz 2 i 3 sierpnia szłam ze Starówki na Plac Grzybowski w pobliżu „Pasty”, żeby zobaczyć, co się dzieje w domu gdzie była kasa. Przejście ze Starówki na Plac Grzybowski nie było rzeczą łatwą. Wszędzie czyhało niebezpieczeństwo. Musiałam nadkładać drogi, kluczyć aby dostać się do celu, a potem z podobnymi trudnościami wracać. Rozkaz musiałam jednak wykonać. Dzisiaj, gdy wspominam te makabryczne podróże z jednej dzielnic, zajętej przez powstańców – do drugiej gdzie przebywali Niemcy, dziwię się, że udało mi się ujść z życiem. Późniejsze podróże to spokojniejsza droga kanałami.

Na Starówce, jako łączniczka wykonywałam polecenia swoich władz.

W dniu 2 września 1944 r. jako ostatnia grupa (później gazy w kanałach) przeszliśmy kanałami do Śródmieścia na ul. Warecką (wchodziliśmy do włazów przy ul. Długiej). Pierwsze spojrzenie na Śródmieście – to co zobaczyłam – palący się dom przy ul. Wareckiej nr 11. W sierpniu, w Śródmieściu był względny spokój. Dziwna była dla nas ta cisza, firanki w oknach, ludzie jeszcze uśmiechnięci, czyści a na nas spoglądano jak na widma. „Ludzie z tamtego świata” jak pisze por. Rozłubirski.

Zatrzymaliśmy się przy ul. Hożej nr 39, całą grupą, w naszym lokalu konspiracyjnym.

W Śródmieściu, we wrześniu spełniałam te same zadania jak na Starym Mieście, więc: zdobywanie wody, żywności dla szpitali, noszenia rannych do szpitali, do punktów sanitarnych, odkopywanie zasypanych i inne. W Śródmieściu zaczęły się naloty, kolejna dzielnica do zniszczenia.

Wykonywała pracę łączniczki – przy zabezpieczaniu małych kas, nosiłam meldunki. Cały czas pracowałam z por. „Łucją” – moim szefem.

Na początku października 1944 r. oddziały powstańcze idą do niewoli, poprosiłam swoją zwierzchniczkę ‘Łucję”, że ja także chciałabym pójść z naszą grupą do niewoli – odpowiedziała „praca nasza nie jest jeszcze zakończona, ktoś musi zostać”.

Z Warszawy wyszłam 6 października, znalazłam się najpierw w Ursusie w obozie, a potem w Pruszkowie – Dulag 121, skąd zgodnie z rozkazem wydostałam się – pozostając w Pruszkowie.

Dom, gdzie była nasza kasa, położony był w pobliżu „Pasty”. Został zburzony, zawalił się. Część pieniędzy udało się odzyskać jeszcze w czasie Powstania, wykorzystano je na żołd dla Powstańców idących do niewoli.

Chciałabym wyrazić swój stosunek do tego, co przeżyłam:

Wykonywałam pilnie wszystkie rozkazy. Odnosiłam się z całą ufnością do Dowództwa. Cieszyłam się, że jestem potrzebna, że mogę w miarę swoich sił, tak jak inni, kontynuować pracę wg wskazań prawa harcerskiego, które było dla nas drogowskazem, wszczepiło w nas harcerki wielką moc pozwalającą pokonywać trudności.

Obowiązki, których się podjęłam, starałam się wypełniać jak umiem najlepiej, zgodnie z przyrzeczeniem harcerskim i zgodnie z zaprzysiężeniem, tak aby zasłużyć na miano żołnierza, dla którego najważniejsza była służba Ojczyźnie.

Czasem tylko przychodziły refleksje, dlaczego życie oszczędziło mi pobytu w obozie, dlaczego nie zginęłam na Starym Mieście tak, jak ginęli moi koledzy z Powstania – były przecież równe szanse.

W czasie Powstania otrzymałam Krzyż Zasługi z Mieczami. Było to dla mnie ważne odznaczenie ponieważ dostałam je w czasie walki.

Mam również Krzyż Armii Krajowej, Medal Wojska Polskiego (po raz 1, 2) i Krzyż Powstańczy.

Czasem myślę, że nie mam tego wysokiego wyróżnienia jakim byłby dla mnie Numer Obozowy.

Październik 1985 r.

Podpis: Maria Jędrzejewska


W uzupełnieniu:

„W grudniu 1939 roku utworzono podobóz w Gusen, którego więźniowie mieli pracować w miejscowych zakładach zbrojeniowych. Kolejna rozbudowa miała miejsce na początku 1940 roku. Miało to związek z operacją Intelligenzaktion, wymierzoną w polską inteligencję. Pod koniec 1940 roku Polacy stanowili 97 procent wszystkich osadzonych. Wśród osadzonych był m. in. Józef Cyrankiewicz, który trafił tam z Oświęcimia; Stanisław Staszewski, poeta, bard, autor spopularyzowanych przez jego syna, Kazika, wielu piosenek; czy słynny wynalazca i filmowiec, Kazimierz Prószyński. Więźniem obozu był również Stanisław Grzesiuk, który napisał książkę „Pięć lat kacetu”, w której wspominał swoje obozowe przeżycia. W kolejnych latach powstawały następne podobozy, których więźniowie pracowali w przemyśle, ale nie tylko.”

Więźniowie pracowali jedynie w kamieniołomie. Później „zatrudniono” ich w największych niemieckich fabrykach /US Holocaust Memorial Museum /INTERIA.PL/materiały prasowe
Okaleczeni więźniowie Mauthausen-Gusen tuż po wyzwoleniu 5 maja 1945 roku /US Holocaust Memorial Museum /INTERIA.PL/materiały prasowe.
Czytaj więcej na https://menway.interia.pl/historia/news-mauthausen-gusen-najgorszy-koszmar-ludzkosci,nId,2355213 – autor Sławek Zagórski.